Znasz to uczucie, kiedy idziesz do knajpy, patrzysz na menu i wszystko jest tak zajebiste, że nie możesz się powstrzymać żeby zamówić połowę rzeczy z karty (ja nie zjem?) a potem w połowie konsumpcji czujesz, że żarcie zaczyna Ci już powoli uciskać na mózg? Jeśli tak, to już wiesz co zrobiłem z moim tegorocznym kalendarzem biegów.
Maraton Leśnik Lato miał być takim startem na rozruch po Ultraroztoczu i zarazem górskim treningiem do Supermaratonu Gór Stołowych. Moja wiedza co do tego biegu sprowadzała się do tego, że podobno jest trochę trudno (bo kamieniste podłoże) ale po za tym miło, kameralnie i w przyjacielskiej atmosferze. Brzmi nieźle, co nie? Tak. Tylko, że nie do końca. No, bo zasadniczo wszystko co napisałem to szczera prawda, nawet postanowiłem jako racjonalny i trzeźwo myślący biegacz wybrać dystans półmaratonu, bo w końcu dwa tygodnie wcześniej 90 kilometrów i w ogóle. I tu wchodzi organizator, cały na biało i mówi, że u niego półmaraton ma 27 kilometrów i ponad 2300 metrów przewyższeń i co mi hehe zrobicie. Przełykam ślinę, szybka kalkulacja, że np. w takim UTMB na każde 27 kilo przypada jedyne 1560m w górę… oj tam, to przecież tylko 27 kilometrów a nie 166, po za tym jest kwiecień, treningi wchodzą na pełnej, więc co złego może się stać? Okazało się, że na ten przykład taka prawa łydka może zechcieć zrobić sobie mały urlop od biegania, a że łydki głosu nie mają to przekazują informację za pomocą bólu. No, ale kto by się tam słuchał głupiej łydki, poboli, poboli i przestanie. Zawsze przestaje.

No, ale nie przestała. „Najwyżej będę się oszczędzał” mówię sobie przed biegiem z pełną powagą. W ogóle ostatnie dni przed startem spędziłem głównie na przygotowaniu psychicznym i mentalnym do biegu, polegającym z grubsza na powtarzaniu sobie jak bardzo mam przejebane. Chyba dzięki temu ruszam jak na siebie naprawdę zachowawczym tempem, co owocuje w miarę bezbolesnym wtargnięciem na Skrzyczne. A skoro idzie tak gładko, to czemu by kapkę nie podkręcić tempa? Początkowo zbieg jest stosunkowo łagodny, z lekką nutką kamieni, by nagle przejść w stromiznę z poprzewracanymi drzewami, gałęziami, chyba nawet jakimś strumieniem czy innym ciekiem wodnym nieułatwiającym bynajmniej bezpiecznego przemieszczania się w dół. No w każdym razie lekko nie jest, za to jest ślisko i kamieniście i w ogóle. Niemniej biegnie mi się całkiem dobrze, po chwili zaczynam nabierać coraz większej wprawy w omijaniu przeszkód i nawet wyprzedzam kilka osób, więc może nawet coś z tego będzie? Na dole okazuje się jednak, że chyba troszkę przesadziłem, gdyż nogi zaczynają mi się odrobinę telepać i kiedy fotograf krzyczy do mnie żebym chyżo skakał przez strumień, mimo iż robię co mogę, czuję jakby mi ktoś doczepił ciężarki do nóg, co na ósmym kilometrze zdecydowanie nie jest dobrym zwiastunem. Sytuację odrobinę ratuje najbliższe podejście, które jest tak ciężkie, że wszyscy posłusznie idziemy wąską ścieżynką, rządkiem niczym kaczuszki, smagani niedelikatnie przez okoliczną roślinność igliwiem i kolcami po odsłoniętych częściach ciała. Nikt tu raczej nie myśli o wyprzedzaniu, wszyscy zastanawiają się jakim cudem idąc tak długo nie zrobiliśmy nawet 100 metrów (co jeszcze wiele razy na tej trasie powróci niczym deja-vu) i nie wiem jak reszta, ale ja zacząłem już odliczać metry do punktu odżywczego. Na zbiegu szarżuję tym razem racjonalnie, tak żeby dać oddech nogom, ale i za dużo nie stracić. Na 11 kilometrze docieram do punktu, a że jest on zarazem pierwszym jak i ostatnim, ładuję w siebie wszystkiego po trochu, świadomy, że od tej pory będę skazany już tylko na żele (ble). Na koniec łapię jeszcze garść daktyli i daję sobie jakieś 100 – 200 metrów na rozchodzenie pochłoniętych wiktuałów.

Tu też rozdzielamy się z zawodnikami z maratonu i wygląda na to, że jestem chyba na jakiejś całkiem dobrej pozycji. Na dodatek teren przybiera dużo przyjaźniejsze dla biegacza ukształtowanie (czytaj: da się normalnie biec) a ja czuję, że łapię drugi oddech. W pewnym momencie nie widzę nikogo za sobą a przed sobą tylko jednego zawodnika, sunącego dziarsko pewnym krokiem, co każe mi podejrzewać, że to chyba ktoś z czołówki. Po jakimś czasie dołącza do niego jeszcze trzech kolegów, którzy chyba pomylili trasę, a ja kalkulując, ile osób może znajdować się przede mną staram się utrzymywać stały dystans do wyprzedzającej mnie grupki. Niestety nigdy nie ma tak dobrze, żeby nie mogło być gorzej, gdyż nagle kończą się taśmy wyznaczające trasę. Do tej pory spoglądałem na nie raczej sporadycznie, skupiając się raczej na biegaczach przede mną, ale w tej chwili wiem, że na pewno coś jest nie tak. Trochę zdezorientowany przystaję, rozglądam się i niestety tracę z oczu biegaczy z przodu. Rzut oka na track w zegarku i niby jestem w dobrej okolicy, ale panuje tu ewidentny niedobór taśm. Trochę wybija mnie to z rytmu, za mną zaczynają się pojawiać zawodnicy grupy pościgowej, niemniej powoli, choć ostrożnie sunę przed siebie. W końcu po niedługim czasie odnajduję zagubione oznaczenie i radowałoby się me serce, gdyby nie to, że brutalnie nakazują wspinaczkę pod górę. Mimo wszystko wchodzi mi się dość sprawnie, czuję moc i nawet zaczynam się cieszyć, że nie zmieniłem dystansu na 18km, bo i takie myśli kołatały mi się w głowie przed biegiem. Sielanka jednak nie trwa zbyt długo, gdyż na szczycie wzniesienia nieoczekiwanie znów kończą się oznaczenia a track w zegarku stanowczo pokazuje, że miejsce, w którym obecnie się znajduję to staropolska czarna dupa. Robię więc w tył zwrot by skonsultować sytuację z kimś za mną. Po chwili zastanowienia, okazuje się, że kolejni biegacze też już chyba od kilku chwil nie widzieli taśm. Co tu robić? Zapuszczanie się dalej w nieznane nie wydaje się dobrym pomysłem, schodzenie w dół też jest dość ryzykowane, gdyby jednak okazało się, że podążaliśmy mimo wszystko w dobrym kierunku. Kolega wykonuje więc szybki telefon do organizatora i już wiemy, że jakiś hehe jajcarz zafundował nam prawie kilometr nadprogramowego piłowania pod górę.

Czytałem wiele artykułów i relacji z zawodów, w których to czołowi biegacze gubili trasę, nadrabiali długie kilometry, po czym bohatersko wracali na szlak i jeszcze udawało im się wygrać. I powiem szczerze, że nawet nie zamierzałem spróbować znaleźć się w tej zacnej grupie. Tym bardziej, że nagle wszystko zaczęło boleć dwa razy bardziej, buty zaczęły obcierać a łydka nyć ze wzmożoną mocą. No to cóż – „nie tym razem” – powiedziałem sobie i resztę biegu postanowiłem kontynuować już swobodnym tempem i na luzie kontemplować uroki trasy. Skłamałbym, że w takim razie teraz było już tylko przyjemnie. Organizator włożył na pewno wiele sił, by stworzyć zawody, o których zawodnik jest w stanie dobrze pomyśleć najwcześniej kilka dni po ukończeniu. Na przykład podchodząc pod Palenicę, GPS przez większość czasu pokazywał zerowe tempo, oblicza napotykanych biegaczy emanowały paletą o niezliczonej liczbie barw, roślinność dalej chłostała bezlitośnie a później, na zbiegach, nawet te odrobinę łagodniejsze momenty raniły stopy kamieniami. Delikatny dyskomfort psychiczny powodował również fakt, iż nie wiedziałem ile właściwie nadrobiłem drogi i ile zostało do mety.

Cóż, ostatecznie okazało się, że mój osobisty Półleśnik miał 29 kilometrów i prawie dwa i pół koła przewyższeń. Ale wiecie co? Nie żałuję ani minuty spędzonej na trasie, ani jednej kropli potu, ani jednego pęcherza na stopie ani też uszkodzonego paznokcia. I jeszcze jedno wiem na pewno, na jesień wracam się zemścić. 😉
Foteczki:
Pietruszka Fotografia
Grabowski Sound & Image
Archiwum własne